3

Bieszczady – w poszukiwaniu enduro

Zimowe wieczory częściej niż na jeździe rowerowej spędzałem na oglądaniu filmików na Youtube, a jeden szczególnie przypadł mi do gustu – „Path Finder„. Główni bohaterowie przemierzają w nim połowę Europy szukając ciekawych szlaków rowerowych z rodzaju enduro. Pierwszą trasę znajdują w naszych rodzimych Bieszczadach i to właśnie ta część filmu zainspirowała mnie do wyjazdu. Na ekranie wszystko wygląda zaje***cie – trochę podchodzenia, potem same zjazdy naturalnymi singletrackami, piękne widoki i ogólny błogostan. A jak było w rzeczywistości? O tym poniżej…

Dzień I. – Okrąglik

Parę razy myśleliśmy, że już jesteśmy u celu, ale po krótkim zjeździe czekała nas kolejna górka jeszcze bardziej stroma od poprzedniej.

Zaczęliśmy w Cisnej skąd asfaltową drogą wzdłuż rzeki Roztoczki ruszyliśmy do granicy ze Słowacją. Droga wiedzie cały czas pod górę, ale jest ładna i mało uczęszczana, więc można jechać obok siebie i spędzać czas na głupich rozmowach. Po dotarciu do granicy wbiliśmy na czerwony szlak i rozpoczęliśmy mozolne podchodzenie. Parę razy myśleliśmy, że już jesteśmy u celu, ale okazywało się, że po krótkim zjeździe znów czekała nas kolejna górka jeszcze bardziej stroma od poprzedniej. Po dość długim czasie dotarliśmy na Okrąglik (1101 m n.p.m.). Teraz czekał nas już tylko piękny i długi zjazd naturalnymi singletrackami w kierunku Cisnej…

Ruszyliśmy przed siebie – krótki zjazd i WTF?! Skąd tu wziął kolejny podjazd? Dobra, nieważne, pewnie to już ostatni, a zaraz będzie piękny i długo wyczekiwany zjazd do Cisnej. Ruszyliśmy ponownie – tym razem zjazd był trochę dłuższy (kilkuminutowy) i bardziej malowniczy. Bez problemu rozpoznaliśmy krajobrazy ukazane na filmie „Path finder”, więc zatrzymaliśmy się na przerwę, która skończyła się dość szybko z powodu nadciągającej burzy.

Podjarani ładnymi widokami pojechaliśmy dalej, aż nagle – WTF?! Kolejny podjazd? Skąd? Przecież na filmiku chłopaki cały czas zjeżdżają w dół pięknym singlem i nie ma tam słowa o podjazdach! Dobra, nieważne, pewnie ten upragniony zjazd jest za najbliższą górką. Chłopaki z „Path Finder’a” na pewno by nas nie okłamali, prawda? Jedziemy! Kolejna górka znów jednak nie okazała się łaskawa i po krótkim zjeździe – całkiem zresztą fajnym – czekał kolejny podjazd, a właściwie podejście. Trasa wyglądała w ten sposób niemal do samej Cisnej – zjazd, podjazd, zjazd, podjazd i tak w kółko.

Tuż przed Cisną droga zmieniła jednak charakter i zaczęła biec mocno w dół. Zjazd był stromy i w kilku miejscach trudniejszy technicznie, ale niestety nie pozwalał na rozwinięcie pełnej czy nawet średniej prędkości, bo cały czas trzeba było jechać na hamulcach. Przyjemność z tego średnia, a na porządne ćwiczenie umiejętności technicznych też nie za bardzo się nadawał, bo zabrakło kamieni, korzeni czy ciaśniejszych zakrętów. Ot taki po prostu stromy zjazd niemal w większości na wprost, podczas którego cały czas mieliśmy wrażenie, że w bezsensowny sposób wytracamy wysokość, którą tak mozolnie zdobywaliśmy przez kilka poprzednich godzin.

Wreszcie dotarliśmy do Cisnej. Nasze rozczarowanie osłodziło jedynie zimne piwko i karkóweczka, które spożyliśmy leżąc na zielonej pachnącej trawce. Jeśli to ma być najlepsza trasa enduro w Bieszczadach, to strach pomyśleć jak będzie wyglądał nasz kolejny dzień jazdy w tych górach…

Mapa trasy + ślad GPS

Dzień II. – Pętla z Bukowca

We wsi Rajskie czekała nas miła niespodzianka – ładny widok rozlewiska Sanu i pyszne kozie sery.

Tym razem postanowiliśmy zapytać o trasę miejscowych – doradzili, więc pojechaliśmy. Droga asfaltowa szybko zmieniła się w polną, a po kilkuset metrach odbiła w las. Wtedy też rozpoczęliśmy pierwsze tego dnia podchodzenie w kierunku wzniesienia Tołsty (740 m n.p.m.). Na górze zdecydowaliśmy się zjeżdżać na Rajskie – to był błąd. Trzeba było zawrócić i zjechać drogą, którą weszliśmy na górę, bo trasa wyglądała naprawdę zacnie, a tak trafiliśmy na las… jeżyn, który w dodatku poprzecinany był połamanymi gałęziami. Dobra, nie ma co narzekać, w końcu miała być przygoda, więc jest.

We wsi Rajskie czekała nas miła niespodzianka – ładny widok rozlewiska Sanu i pyszne kozie sery. Nie pamiętam nazwy gospodarstwa, w którym owe sery kupiliśmy, ale było to tutaj. Gospodarz okazał się gościnny, trochę sobie pogadaliśmy, pobawiliśmy się z wielkim kudłatym psem, a na odchodne dostaliśmy butelkę zimnej żętycy. Ta żętyca uratowała nam zresztą życie, kiedy jakiś czas później padaliśmy z pragnienia.

Po miłej przerwie ruszyliśmy dalej. Na mapie znaleźliśmy piękną leśną drogę prowadzącą aż do Sakowczyka. Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli napiszę, że droga była tylko na mapie, a jazda na rowerze została w sferze marzeń. W rzeczywistości czekało nas kolejne podchodzenie – najpierw pastwiskiem, potem lasem… jeżyn skrywającym piękną podobno niegdyś drogę. Będąc na górze podejrzewaliśmy już, że jazdy w dół też nie będzie i niewiele się pomyliliśmy, bo przez większą część trasy zamiast pełnego pieca mieliśmy karczowanie lasu rowerem.

Cóż, nie pozostało nic więcej jak tylko ponownie osłodzić gorycz dnia zimnym miejscowym piwkiem… trochę pomogło 🙂

Mapa trasy + ślad GPS

Dzień III. – Otryt, trasa DH

„Najlepsza trasa DH w Bieszczadach” – mówili. „Jedźcie, bo warto!” – mówili. A ja myślę, że to zdjęcie mówi wszystko o tej trasie:

Trasa DH w Bieszczadach. Taa...

Mapa trasy + ślad GPS

Podsumowanie

Cóż, ten wyjazd był jednym z lepszych w moim życiu, bawiłem się przednio, ale na pewno nie ze względu na atrakcje rowerowe, bo tych nikomu z czystym sumieniem nie mógłbym polecić. Jeśli zamierzasz pochodzić po górach czy pojeździć na kolarzówce to Bieszczady okażą się wspaniałym wyborem. Jeśli jednak szukasz fajnych tras enduro, szybkich i technicznych zjazdów albo twardych i ubitych ścieżek, to daruj sobie Bieszczady i ruszaj w Sudety!

(Przeczytano 1 783 razy, 1 dzisiaj)

3 Komentarze

  1. Przynajmniej jest o czym opowiadać 😉 A tak serio jak dobre enduro to tylko w Alpy… może kiedyś wspólnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.